Po 13 latach od uchwały Sejmu z 10 września 2004r. powróciła ze zdwojoną siłą kwestia reparacji wojennych od Niemiec. Wtedy, w owym 4-punktowym dokumencie – o czym się już dziś zupełnie nie pamięta – akcent położono nie na same żądania reparacji od RFN, lecz na odpowiedzialność odszkodowawczą władz w Berlinie. Uczyniono tak ze względu na praktyczne efekty owego podejścia.

Stwierdzono oczywiście, iż Polska nie otrzymała stosownej kompensaty finansowej za olbrzymie zniszczenia oraz straty materialne i niematerialne spowodowane niemiecką agresją, okupacją, ludobójstwem i utratą niepodległości oraz wezwano rząd do jak najszybszego przedstawienia opinii publicznej szacunku strat poniesionych przez nasze państwo i jego obywateli.

Jednak kluczowy był apel do rządu Republiki Federalnej Niemiec o uznanie bezzasadności i bezprawności ROSZCZEŃ odszkodowawczych kierowanych PRZECIWKO POLSCE, a także o zaprzestanie kierowania na drogę sądową lub administracyjną tych obywateli niemieckich, którzy ponieśli szkody wskutek przesiedleń i utraty majątku wynikających z Umowy z Poczdamu oraz późniejszych procesów repatriacji. Aktywny był wówczas jeszcze tzw. Związek Wypędzonych Eriki Steinbach (CDU), a rozmaite kroki podejmowało Powiernictwo Pruskie, zajmujące się m.in. losami „późnych przesiedleńców”, którzy wyjechali z Polski w latach 70. i 80., przy czym część z nich usiłowała odzyskać majątki pozostawione zwłaszcza na Warmii i Mazurach. W tym kontekście głośna była, ciągnąca się przez wiele lat w naszych sądach, precedensowa sprawa Agnes Trawny, która zostawiła swój dom w Nartach, niedaleko Szczytna.

Na szczęście obecnie taka sytuacja już nie istnieje i nie mamy do czynienia z podobnymi roszczeniami. Mówiąc najkrócej – po 72 latach od zakończenia II wojny Polska ma wciąż moralny tytuł do odszkodowań, ale (czy się to komuś podoba czy nie) NIE PRAWNY CZY POLITYCZNY. Cała sytuacja została już dobrze zanalizowana w ostatnim czasie i sam pisałem o tym na łamach „Rzeczpospolitej” („Groźba silniejsza od ruchu” 13 IX br.). PiS często przywołuje fakt, iż Niemcy zakończyły wypłatę ostatniej raty odszkodowań (m.in. Francji i Belgii) za I wojnę stosunkowo niedawno, bo w 2010r. Ale jego politycy zapominają lub po prostu nie wiedzą o tym, że na początku lat 50. ustalono, iż finalizacja zobowiązań nastąpi dopiero po zjednoczeniu Niemiec, stąd powrócono do płatności właśnie w 1996r. A co niemniej ważne – tamte decyzje były oparte na systemie wersalskim, a te po 1945r., na innym, odmiennym, czyli systemie poczdamskim.

Ów system (co stało się już powszechną wiedzą) w tym konkretnym przypadku przewidywał, iż Polska miała otrzymać 15% reparacji radzieckich, a o sposobie realizacji tego zapisu decydował ZSRR. Gdy w sierpniu 1953r. władze polskie – zaraz po tym, jak uczynił to Związek Radziecki (podobnie postąpiły 3 pozostałe mocarstwa okupacyjne Niemiec: USA, Wielka Brytania i Francja) – zrezygnowały oficjalnie z reparacji była to decyzja wtórna i czysto formalna. Czołowi działacze PiS nie przyjmują tego do wiadomości. Najdalej posunął się Antoni Macierewicz twierdząc, iż to nieprawda: „to sowiecka kolonia, nazywana Polską Republiką Ludową, zrezygnowała z części reparacji odnoszących się do równie marionetkowego państwa pod nazwą Niemiecka Republika Demokratyczna”. Choć ta Polska (NIE ISTNIAŁA ŻADNA INNA !) nie była wówczas w pełni suwerenna, ale powszechnie uznawano ją za podmiot prawa międzynarodowego. Gdy czytam więc takie słowa obecnego szefa MON, to szczerze żałuję, iż przestał się już zajmować Indianami Keczua w strefie andyjskiej.

Biuro Analiz Sejmowych przedstawiło niedawno opinię, iż rząd w Warszawie może jednak ubiegać się o reparacje. Miażdżącej jej oceny dokonał wybitny znawca prawa międzynarodowego prof. Władysław Czapliński. Wskazał m.in., że zawarcie w 1990r. traktatu 2+4 o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec zakładało zamknięcie wszystkich kwestii spornych wynikających z II wojny światowej. Ani w podpisanym zaraz potem polsko-niemieckim układzie granicznym ani w dwustronnym traktacie z 1991r, o dobrym sąsiedztwie i pokojowej współpracy, nie odnoszono się do sprawy reparacji. Nie czynił też tego rząd PiS w latach 2005-2007. Zrzeczenie się przez Polskę reparacji kilka razy potwierdzali przedstawiciele naszych władz, m.in. w latach 1970 i 2004r. W aspekcie prawa międzynarodowego szczególne znaczenie ma to, że Polska w 1996r. wyrażając zgodę na jurysdykcję Haskiego Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości wyłączyła się ze sporów mających swe źródło w wydarzeniach sprzed 1989r. Wtedy miało to nas zabezpieczyć przed niemieckimi roszczeniami majątkowymi. Prof. Czapliński konkluduje surowo, iż: „opinii BAS nie należy traktować jako autorytatywnej. Ewidentnie pisana była na zamówienie polityczne. Oparcie na niej roszczeń reparacyjnych w stosunku do Niemiec NARAZIŁOBY NAS NA ŚMIESZNOŚĆ, a to ostatnia rzecz, na którą państwo w stosunkach międzynarodowych może sobie pozwolić”.

Otwieranie puszki Pandory?

27-stronicowa ekspertyza Bundestagu, której fragmenty niedawno zamieścił „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ocenia ewentualne roszczenia za przedawnione. Dodam, iż w skrajnej interpretacji tego typu działania mogłyby zostać uznane nawet za próbę podważania ładu jałtańsko-poczdamskiego. Powyższe analizy w jakimś stopniu oddają nastroje naszych obywateli. W najnowszym sondażu „Dziennika Gazety Prawnej” większość z nas chce reparacji, ale 61% przyznaje, iż „Polska nie ma na to szans”. Być może pewnym rozwiązaniem rysującego się sporu byłyby dodatkowe wypłaty przez RFN dla żyjących jeszcze więźniów obozów koncentracyjnych i robotników przymusowych (lub członków ich rodzin). Pewne sumy. w przeszłości już przekazywała powstała w 1991r. Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie. Według prezesa tej Fundacji Dariusza Pawłosia udział Polski w zadośćuczynieniu, które Niemcy wypłaciły ofiarom poszkodowanych w II wojnie krajów wynosił tylko 1,5 mld euro z ponad 70 mld. W grę wchodziłoby też np. utworzenie zasilanego środkami naszego zachodniego sąsiada Funduszu np. na stypendia dla młodzieży ze słabiej rozwiniętych regionów Polski. Jednak należy odróżniać reparacje wojenne (dla danego państwa) od roszczeń osób indywidualnych, np. wobec przedsiębiorstw niemieckich wykorzystujących pracę przymusową.

Poważnym błędem byłoby wejście w otwarty spór z Niemcami – głównym partnerem gospodarczym Polski (roczne obroty ok. 100 mld euro) i najważniejszym partnerem politycznym w Europie. Czy jest jeszcze nadzieja, iż rząd PiS i prezes tej partii zejdą z drogi, po której ostatnio kroczą? Oby! W przeciwnym razie istnieje groźba swoistej powtórki sytuacji znanej z mitologii greckiej legendy o puszce Pandory. Zeus mszcząc się na Prometeuszu za wydarcie niebu ognia ofiarował tej pierwszej kobiecie w posagu puszkę pełną kłopotów, smutków i utrapień. Prometeusz nie ufał Zeusowi ani jego darom. Ale jego brat Epimeteusz („mądry po szkodzie”) ożenił się z Pandorą i otworzył puszkę. Otóż nie warto dziś w naszej polityce zagranicznej podążać ścieżką Epimeteusza.

prof. Tadeusz Iwiński / iwinski.blog.onet.pl

Reklama
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najnowsze
najstarsze najwięcej głosów
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze